Symbolem nadchodzącej wiosny w Japonii jest tradycyjny kombinacja gałązek sosny, bambusa i kwiatów śliwy (po japońsku shochikubai). Japończycy układają z niego tradycyjne ozdoby świąteczne, tzw. kadomatsu, które ustawiało się kiedyś na progach domów i sklepów, a obecnie ze względu na warunki mieszkaniowe zostały ograniczone do charakterystycznych niewielkich ozdób, stanowiących ozdobę (podobne do naszych choinek świątecznych). Trzy elementy witalności przyrody: wiecznie zielona sosna, niepoddający się żadnym warunkom klimatycznym bambus i pierwszy kwiat wiosenny – śliwa mają być świadectwem nowego życia, które przynosi ze sobą wiosna.

 

Wiosna zaczynała się w Japonii, podobnie jak w Chinach, zgodnie z kalendarzem księżycowym i przypadało to na początek lutego, kiedy to właśnie w łagodnym klimacie japońskim kwitły pierwsze śliwy. W tym roku miałem wielką radość witania tej magicznej pory roku w Hakone, miejscowości turystycznej, położonej niedaleko góry Fuji ok. 100 km na zachód od Tokio. To mój ulubiony kurort japoński, który poznałem wiele lat temu w czasie japońskich nieznośnych letnich upałów. Odkryłem wtedy był to raj na ziemi, miejsce które dawało cudowny chłodny mikroklimat, a to za sprawą górskiego położenia powyżej 1000 m nad powierzchnią morza. Odwiedzałem potem Hakone jeszcze wiele razy, podziwiając wiosną piękne kwitnące wiśnie, a jesienią feerię barw klonów i innych drzew, które dają niewiarygodnie piękne widoki, co w połączeniu z majestatyczną górą Fuji często jest tak piękne, że na zdjęciach graniczy z kiczem. Na szczęście w naturze wygląda to naturalnie, bo ludzkie oko wychwytuje każdy aspekt otaczającej przyrody, na co obiektyw aparatu jest nieczuły.

W tym roku po raz pierwszy pojechałem do Hakone zimą, właśnie na przełomie roku według chińskiego kalendarza. Zaskoczyły mnie po raz kolejny widoki kurortu – tym razem w odsłonie zimowo-wiosennej. Pierwszy raz miałem okazję podziwiać pejzaże tego miasta i pięknej przyrody na tle kwitnących. Gdy patrzy się na te malownicze widoki w pełnym słońcu, czuć nadchodzącą wiosnę. Podobnych mi amatorów wiosennych radości było bardzo wielu, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Spodziewałem się zastać senny kurort przygotowujący się dopiero do sezonu, a tu pełna niespodzianka – tłumy ludzi, do tego stopnia, że trudno znaleźć miejsce w restauracji. Podobnie było z hotelem, ale po kilku godzinach poszukiwań dostałem pokój w tradycyjnym ryokanie (hotelu w stylu japońskim). Ryokan to moje ulubione miejsce noclegu w czasie podróży po Japonii. Najbardziej lubię małe obiekty prowadzone przez jedną rodzinę. Dają one poczucie specjalnej troski o gości. Wchodząc do takiego ryokanu spotykamy się z taką serdecznością, że odnosi się wrażenie, jakbyśmy byli tam długo oczekiwani. Są oczywiście również duże ryokany, ale one nie dają już tego poczucia indywidualnej opieki, choć w porównaniu z hotelami europejskimi są oaza gościnności. Najważniejszym zadaniem japońskich ryokanów jest zapewnienie maksimum wypoczynku i oderwanie od świata codziennego. Pomaga temu specjalny strój, jaki przywdziewa każdy z turystów, tzw. yukata, która jest obowiązkowym strojem na terenie hotele, a także poza nim. Do pełni komfortu wypoczynku obowiązkowe są gorące źródła, w których – jak mówią Japończycy – wypłukuje się stresy, choć miłym skutkiem ubocznym jest piękna gładka skóra i wiele innych zdrowotnych działań tych wód. Są to bowiem bardzo wysoko zmineralizowane naturalne wody głębinowe, których skład bywa bardzo różny i każdy dobiera sobie rodzaj wody zgodnie z potrzebą. W niektórych ryokanach bywa od trzech do pięciu różnych źródeł a spotkałem ostatnio duży obiekt oferujący nawet dziewięć. Obok pięknych widoków i gorących źródeł, podstawowych atrybutów ryokanów, dla dopełnienia poczucia całkowitego relaksu jest jeden z najmilszych memu sercu element pobytu w ryokanie – posiłek, który jest piękną i długo celebrowaną ucztą, obowiązkowo nawiązującą do pory roku i lokalnych specjalności kulinarnych. Na kolację podaje się najczęściej kaiseki ryori – w skrócie kaiseki, czyli posiłek składający się z wielu dań.  Przyjęcia te towarzyszyły niegdyś wyłącznie ceremoniom parzenia herbaty, tzw. chanoyu, tradycyjnej, niesłychanie sformalizowanej sztuki, przynoszącej przede wszystkim doznania duchowe, a nie smakowe, choć one dziś są bardziej cenione niż wartości filozoficzne. Pewnie dzięki pokrewieństwu z ceremoniałem duchowym kaiseki są nie tylko ucztą kulinarną, ale przede wszystkim estetyczną. Przyjęcie w tym ortodoksyjnym japońskim stylu składa się zazwyczaj z ok. 12 potraw podawanych jedna po drugiej, co stanowi ewenement w kuchni zarówno tego kraju, jak i w całej Azji, gdzie najczęściej serwuje się wszystkie przygotowane dania jednocześnie. Sposób zdobienia jest nacechowany prostotą i oszczędnością, co w pojęciu Europejczyka jest zaprzeczeniem wystawnego przyjęcia, jakim kaiseki w gruncie rzeczy jest. Nie stosuje się zatem żadnych elementów dekoracyjnych jak w kuchni europejskiej i jedyną ozdobą dania jest naczynie, w którym się je podaje. Najczęściej jest to artystyczna ceramika dopasowana formą i wzorem zarówno do potrawy, jak i okazji, a najważniejsze – do pory roku. Nie ma bowiem bardziej wrażliwej na pogodę i zmiany sezonowe formy sztuki kulinarnej niż kaiseki. Cecha ta wynika z pokrewieństwa z ceremonią parzenia herbaty, która sama w sobie jest filozoficzną kontemplacją przemian pór roku. Podstawowym kanonem tych perfekcyjnych uczt kulinarnych jest sposób przyrządzania kolejnych dań. Na początek podawane są przekąski zwane sakizuke i zensai, po których następuje mukozuke zwane też otsukuri, czyli zestaw surowych ryb, po czym klarowny bulion – osuimono. W sformalizowanej formie tych przyjęć jest to ostatnie danie, przy którym można pić alkohol, czyli najlepiej pasującą w tym przypadku ciepłą sake. W następnej kolejności podawane są typowe dania gorące: pieczone – yakimono, gotowane – nimono, smażone – agemono i duszone na parze – mushimono. Tu następuje krótki przerywnik w postaci małej przekąski zależnej od fantazji szefa kuchni tzw. oshinogi i lekkiej sałatki z marynowanych warzyw – sunomono,  po czym kolej na bodaj najważniejszą część posiłku, oshokuji  lub meshi, składającej się z 3 elementów: białego ryży, zupy misoshiru i kiszonki warzywnej oshinko. Na zakończenie, podobnie jak w kuchni europejskiej – deser zwany mizugashi. Z zestawienia tego można by wyciągnąć wniosek, że jest to niesłychanie obfity posiłek – nic bardziej mylnego! Kaiseki są niesłychanie pięknymi i pracochłonnymi arcydziełkami sztuki kulinarnej serwowane w minimalnych porcjach. Po zjedzeniu całego posiłku wstajemy najczęściej z uczuciem lekkiego niedosytu. Niektórzy twierdzą, że japońscy kucharze robią tak celowo, aby docenić ich kunszt, bowiem sytemu trudniej o pełnię doznań kulinarnych i estetycznych. Kaiseki jest najbardziej wyrafinowaną formą przyjęć japońskich i tylko kucharze o najwyższych kwalifikacjach są w stanie sprostać trudnościom przy ich przygotowywaniu.

Po uczcie kaiseki ostatnie wejście do gorących źródeł i błogi sen, któremu w moim ryokanie towarzyszył miły szum rzeki i nie dochodziły poza tym żadne inne odgłosy cywilizacji. A rankiem po porannej  kąpieli śniadanie, które podawane jest w tradycyjnym japońskim stylu. W skład niego wchodzi gotowany ryż, zupa misoshiru, pieczona ryba kiszonki i inne dodatki, jak glony nori i gotowane warzywa. Po tym miły akcencie – niestety ostatnim powrót do Tokio. Wielki żal rozstawać się z tym pięknym światem Hakone, chyba tylko po to, żeby zatęsknić za kolejnym tu powrotem…

sliwy jacek-ryokan ryokan-1 ryokan-3 jacek-bambusy ryokan-2 ryokan-4 kwiat-sliwa przekaski-calosc przekaski sashimi tofu nabe
Do góry